Skocz do zawartości


Dormammu

Rejestracja: 28 lut 2009
Poza forum Ostatnio: kwi 26 2012 22:24
****-

Moje tematy

Rezerwat Doliny Rzeki Brdy

07 marzec 2010 - 11:03

Miałbym pytanie: w tym roku dodatkowo mam zezwolenie na połów metodą spinningową i muchową w rezerwacie Doliny Rzeki Brdy, jednakże pochodzę z Bydgoszczy i kawałek do tej Tucholi jest. Czy warto się tam wybrać w poszukiwaniu rybek dla niedoświadczonego spinningowca, nie mówiąc już o metodzie muchowej..? Nie spotka mnie rozczarowanie?

Pozdrawiam, Dormammu.

Wytrzymałość Haczyków

02 wrzesień 2009 - 17:47

W tym temacie chciałbym poruszyć kwestie... haczyków, a dokładniej ich wytrzymałości.

Pewnego dnia, będąc na rybach złamał mi się haczyk z oczkiem "Kamatsu" nr. 10, złamał się przy holu niewielkiej rybki, takiej maksymalnie do 1kg. Zdenerwowany postanowiłem wybrać się do sklepu wędkarskiego z zamiarem kupienia czegoś porządniejszego. Wybrałem 2 razy droższe od "Kamatsu" haczyki "Owner" - także z oczkiem. Nie będę wymieniał nr. ponieważ tych 2 producentów stosuje odmienne numerowanie pod względem rzeczywistej wielkości. Dlatego starałem się wybrać wielkościowy odpowiednik nr. 10 "Kamatsu".

Wróciłem do domu, i postanowiłem wykonać test na wytrzymałość haczyków "kamatsu" oraz nowo zakupionych "owner"-ów. Wziąłem szczypce chirurgiczne złapałem palcami trzonek haczyka "kamatsu" (tańszego producenta) a szczypcami chwyciłem łuk haczyka i starałem się go odegnać, szło dość ciężko, ale powoli udawało mi się go odginać. Następnie powtórzyłem czynność z haczykiem "owner" i... złamał się od razu przy użyciu mniejszej siły niż podczas wcześniejszego testu.

Proszę o wytłumaczenie, dużo osób zapewniało mnie, że dobrze wybrałem "owner", pod względem wytrzymałości. - a okazała się klapa...

Pozdrawiam, Dormammu.

"przypadek Andrzeja" - Opowiadanie

01 wrzesień 2009 - 10:09

Chciałbym przedstawić Wam efekt wykorzystania mojej krótej weny, jaką ostatnio zostałem "obdarowany". Umieszczam te opowiadanie na tym forum, ponieważ sądzę, iż tematyka jaką wybrałem jest do tego odpowiednia. icon_wink.gif
      "Przypadek Andrzeja"


    Andrzej, 32 letni sfrustrowany facet, wędkarz zamieszkujący małą miejscowości Oporówek w woj. Kujawsko-Pomorskim. Pewnego sobotniego dnia wybrał się nad niewielką rzekę przepływającą obok Oporówka. Andrzej miał w ten ino jeden cel; postarać się coś złowić w rzeczce. Choćby najmniejszą rybkę, plotkę, ba... Ploteczkę! Tudzież każdy wie, że jeśli płoć w wodzie siedzi, to tylko głupiec jej schwytać nie potrafi. I głupców w okolicy od jakiegoś czasu była nie miara. Kiedy Andrzej samochodem jadąc polną drogą dotarł wystarczająco blisko rzeki, ruszył pieszo na swoje wieloletnie łowisko, rozłożył swój dość potężny wędkarski arsenał przy brzegu gęsto porośniętymi trzcinami. Rozsiadł się na ekskluzywnym karpiowym siedzisku i zaczął kolejny raz porządne rozmyślanie o tym, cóż powoduje u niego frustracje. A powód był prosty, ryby w rzece przestały „brać”. Na początku Andrzej sądził, że to los się od niego odwrócił, i tak jak niedawno jeszcze efekty miał znakomite (2 leszczyki powyżej 1kg, linek powyżej 1kg i nawet spory 4kg szczupaczek, nie wspominając o masie płotek, krąpi i przebrzydłych jazgarzy) to tak teraz nawet nie możne trafić się przysłowiowej „ślepej kurze ziarno”. Później jednak okazało się, że nie tylko od niego los się odwrócił, wszyscy wędkarze w okolicy (mięsiarze, jak przystało mu czasami ich zwać ze względów zachowawczych) także nie mieli żadnych wyników! Jak tutaj się nie frustrować, kiedy widać na wodzie bąbelki powstające od ichitofauny. Gdy człowiek się przyjrzał wodzie, ujrzał w niej czasami małe okonie goniące się nawzajem.
    A w myślach Andrzeja, powtarzały się słowa:
    -Próbowałem wszystkiego, no dosłownie wszystkich mi znanych metod, zanęt i przynęt! Od bata, desperacko kończąc na metodzie muchowej, no i nic! – wciąż rozmyślał, i wciąż nie miał pomysłów. Tak on, jak i inni okoliczni wędkarze bez radny.
    Nikt jednakże się nie poddawał, wszyscy dalej próbowali swoich sił, co dodatkowo potęgowało zapał, „nikt nic nie złowił, to może mi się tym razem uda”. – ludzie tworzyli sobie złudne nadzieje.
    Problem nie leżał w braku ryb, w pobliskich zbiornikach wodnych i rzekach, wiedzieli to wszyscy. To musiało być coś głębszego, jakby... zmowa ryb!
    -Czyżby te cholerne, niby takie głupiutkie ryby, stały się szczwanymi bestiami nie do złapania? Przecież wiecie, rybki kochane, że preferuje C&R, złów i wypuść, dobrze o tym wiecie. Więc co się dzieje, nie może to raczej być też wina pogody, bo przecie, żeby przez tydzień nic nie złowić? Dziwna sprawa... – wciąż rozmyślał.
    -Dzień dobry, kontrola. – usłyszał nagle głoś dochodzący zza pleców.

    -Co?! Aaaa, to Ty Marek – zaśmiał się - już prawie uwierzyłem, mimo, że mam wszystko opłacone to kto wie, co by się dopatrzyli kontrolerzy... Poza brakiem ryb w wodzie.
    -Święte słowa... A co tam u ciebie? – odrzekł.
    Marek mieszkał w gospodarstwie nieopodal miejsca w którym często łowił ryby Andrzej, obaj mieli tą samą pasje; wędkarstwo, w dodatku się przyjaźnili.
    Z domu Marka doskonale było widać polną dróżkę, przy której parkuje swój samochód Andrzej kiedy jest na rybach. Od samochodu miał zaledwie 200m do przebycia by dotrzeć nad rzekę. 200m przez gęsto porośniętą łąkę, nie lada przeprawa, ale rankiem każde przebywanie na świeżym powietrzu gwarantuje ciszę, spokój, jedynie naturalne odgłosy podchodzące od żyjącego otoczenia.
    -Nic ciekawego, ryb brak – przeważnie rozmawiali ze sobą o wędkarstwie – a tyle sprzętu na kupowane. Wiem, że samo przebywanie nad wodą relaksuje i się z tym w pełni zgadzam, ale żeby tak nawet „puknięć” nie było..? – odpowiedział Andrzej.
    -Tak, rozumiem cię, ale jeśli chodzi o sprzęt to mimo wszystkiego nic mnie tak nie cieszy, jak testowanie nowo zakupionych rzeczy. – westchnął pod koniec Marek.
    -Żeby to jeszcze na rybie testować, to ja rozumiem! Ehh... Dajta spokój.
    -Jutro jadę na dorsze, przetestować morskie wędzisko! - ucieszył się - Tymczasem idę bo żona nie wie, że wyszedłem. Połamania życzę.
    -Połamania, połamania... – pożegnał się Andrzej, patrząc przez chwilę jak jego kolega znika gdzieś za rogiem trzcin. Po tym dalej zaczął spoglądać na spławik, dumnie unoszący się na spokojnej rzeczce i płynący wraz z nurtem. Przez ten cały czas nie drgnął ani trochę. Obok siedziska karpiowego, na podpórkach stała jeszcze jedna wędka, tym razem z zestawem na grunt, ciężki 50g koszyczek, co by to mieć pewność, że nie zleci z nurtem, w koszyczku popularna zanęta na leszcza i płoć, której nazwy Andrzej nie pamiętał. Całość gruntowego zestawu wieńczył haczyk nr.10 za które w ilości 10szt. zapłacić równowartość 2 dobrych piw. Nie wspomniałbym, co na haczyku, otóż w tej kwestii musiałbym poświęcić pół strony na wypisaniu różnych kombinacji przynęt roślinnych ze zwierzęcymi, kończąc na żelowych dżdżownicach które Andrzej podkradł synowi...
    -Już 10:00 i tak jak myślałem, zero brań. Przynajmniej trochę cieplej się zrobiło, jeden z niewielu pozytywnych aspektów tej wyprawy. – uśmiechnął się.
    Siedział tak do godziny 12:00, miał już składać wędki kiedy chyba zauważył, że spławik drgnął.
    -Nie, nie, musiałem od tego ciągłego siedzenia się przewidzieć. – ale te „przewidzenie” spowodowało, że został jeszcze trochę dłużej, dalej wpatrując się w spławik i od czasu do czasu zerkając na zawieszonego pod 2 wędką „policjanta”.
    Wytrzeszczał ślepia, jak mocno się tylko dało, a w ręku trzymał wędzisko teleskopowe której rękojeść pokryta była korkiem najwyższej klasy. Trzymał wędkę w napięciu czekając na moment do zacięcia. Doczekał się, za którymś już zarzutem zestawu – łowiąc tradycyjnie na rzecze, przepływanką – dostrzegł drobne drgnięcie 2g spławika Experta. – cenił sobie te spławiki za trwałość, kolorystykę i kształty, pośród których każdy wędkarz znalazł coś dla siebie.
    Po drgnięciu natychmiastowe średnio-mocne zacięcie, wędzisko pionowo w górze.
    -Coś siedzi! – uradował się Andrzej, nie ukrywając entuzjazmu.
    Poczuł mocny opór, i rzucanie się na wszystkie strony bestii jaką niewątpliwie musiał mieć na haczyku. Warto przypomnieć, że haczyki miał naprawdę dobre, więc pęknięcie czy wygięcie haku raczej mu nie groziło. Po chwili Andrzej szybko otrzeźwiał i poluzował hamulec w kołowrotku, dając tym wyciągnąć nieco plecionki ze szpuli.
    Było widoczne jak naprężona plecionka chodzi we wszystkie strony.
    Po 10 minutach walki czuł, że zaraz ostatecznie będzie mógł wyciągnąć swoją zdobycz.
    Jakież duże było jego rozczarowanie, kiedy po raz pierwszy z wody wyłoniła się ta jego „bestia”, z którą tak zawzięcie walczył, mając na twarzy uśmiech ale i skupienie. Okazało się, że zdobyczą była skórzana walizka, porośnięta różnymi różnościami. Po tym incydencie i natychmiastowym zniknięciu uśmiechu na twarzy, Andrzej rzucił walizką w pobliskie trzciny i klnąc co nieco pod nosem, zaczął zbierać manatki.
    Wrzucił resztę przygotowanej już zanęty i kukurydzy do wody, spoglądając ze złością jak ukleje pieczołowicie skubią zanętę na powierzchni.
    Złożenie wędek, ogarnięcie reszty sprzętu i sprzątniecie po sobie nie zajęła mu wiele czasu, zaledwie po 10 minutach szedł już w stronę samochodu zaparkowanego przy polnej drodze.
    Wróciwszy do domu, zaniósł pokrowiec oraz torby na strych i poszedł zjeść coś ciepłego do kuchni, żona przygotowała mu pyszne danie. Udało się jej z tym daniem, w sam raz na ukojenie nerwów. Następnie żona poprosiła go o przyniesienie czegoś ze strychu, był świeżo po obiedzie, więc nie za bardzo mu się chciało, ale przełamał się. Grzebiąc pośród różnych rupiecie rzuconych niedbale na strychu, znalazł coś co go bardzo zainteresowało, nie, nie była to ta rzecz, o której przyniesienie poprosiła go żona. Była to wędka jego ojca, bardzo proste wędzisko teleskopowe z włókna szklanego, o długości 3m i ciężarze wyrzutu do 30g. Do tego równie prosty kołowrotek jedno-łożyskowy. Sprawdził czy wszystko jest w stanie nadającym się do użytku i o dziwo tak właśnie było. – może poza dość toporny, ale działającym (!) hamulcem kołowrotka.
    -Pójdę za radą Marka, i przetestuje „nowy” sprzęt, myślę, że sprawi mi to dużo radości. Na wyniki taką wędką raczej nie ma co liczyć, ale co mi tam! Andrzej pochłonięty znaleziskiem całkowicie zapomniał o prośbie żony. Stanowczo mu jednak o niej przypomniała.
    -Co ty tam robisz?! Z wami facetami ciągle to samo, poprosisz ich o drobną przysługę, to i tak coś stanie im na przeszkodzie. Matko... – Wykrzyknęła pierwsze zdanie, resztę zachowała ponieważ mówiła to już mężowi nie raz.
    -Mam! – szybko przywołany do porządku Andrzej w tępię błyskawiczny odnalazł to, co było jego celem wędrówki na strych.
    Zszedł szybko na dół z wędką w jednej dłoni i ze szkatułką w drugiej.
    -Łaaaaskawie przyniosłeś, dzięki kochanie. – zaśmiała się – A co ty tam masz w 2 dłoni?
    -No bo byłem na strychu, i jak szukałem, to ja ten, znalazłeś co ciekawego! – odpowiedział z trudem.
    -Właśnie widzę co ciekawego znalazłeś, która to już wędka? 10, 11? Muszę chyba sobie też znaleźć jakieś hobby, co o tym sądzisz?
    -Nie mam nic przeciwko! – odpowiedział wiedząc, że żona żartuje.
    Reszta dnia minęła zwyczajnie, tak zwyczajnie, że nie zamierzam Was jej opisem zanudzać. Jedyną wędkarską rzeczą jaką zrobił Andrzej wieczorem sobotniego dnia, było przygotowanie zestawu przy wędce znalezionej na strychu, oraz przesmarowanie kołowrotka.
    Następnego dnia, w niedziele, wybrał się w około godziny 8:00 na ryby, dokładnie w te same miejsce, w którym był dzień wcześniej tj. w sobotę.
    Tym razem nie zabrał ze sobą tyle sprzętu co poprzednio, zabrał ze sobą jedynie podbierak, garść zanęty, łopatkę, torbę z niezbędnymi rzeczami do zawiązania zestawu spławikowego i wędkę którą „związał” dzień wcześniej. – warto dodać, że wiązanie także było nieskomplikowane.
    Już prawie zaszedłszy na stanowisko, zauważył, że ktoś już się na nim rozgościł.
    Andrzej podszedł tylko i zapytał nieznajomego najzwyczajniej w świecie:
    -Biorą?
    -Nie, niestety nie biorą, tak jak wczoraj, przed wczoraj, i kolejne dni wcześniej. Szlak by to wszystko trafił...
    -A to nie przeszkadzam, połamania! – odrzekł i ruszył przed siebie, wiedząc, iż dalej znajduje się kolejne stanowisko, awaryjne.
    Dotarł na miejsce w przeciągu nie całych 5 minut. Rozłożył wędkę, położył ją delikatnie na obalonych siłą wiatru trzcinach.
    Robiąc 10 kroków do tyłu, stojąc na polance z łopatką w ręku, zaczął szukać jakiegoś miejsca w którym mógłby wykopać kilka dorodnych i żwawych dżdżownic. – tak, jak to robił dawniej jego ojciec. Wykopanie kilku robaków nie zajęło mu wiele czasu, już po chwili stał nad wodą i zakładał przynętę na haczyk. Wędką nie pozwalała mu na dalekie rzuty, tak samo jak delikatny zestaw. – który w rzeczywistości nie był taki delikatny, 4g spławik z żyłką główną o średnicy 0,20mm. Nie miał innej, a plecionki było mu trochę szkoda.
    Spławik dryfował sobie spokojnie, unosząc się delikatnie na falach powodowanych drobnym wiatrem. W oddali było słychać dźwięki ciągników. Już od samego rana w pobliskich gospodarstwach zaczęła się ciężka praca, w końcu żniwa dobiegały końca, co nie oznaczało, że można już pozwolić sobie na długie wylegiwanie.
    Bacznie spoglądając na zestaw który już wylądował w wodzie, nawet przez myśl Andrzejowi nie przyszło, że mógłbym cokolwiek na niego złowić. Był nauczony, że dobry wędkarz, to także masa sprzętu, często nie potrzebnego tak bardzo, jak doświadczenie łowiącego. Pobliscy wędkarze, mimo, że byli obeznani z wodą, to z powodu lenistwa nawet nie pomyśleli o wykopaniu paru robaków, wszystkie przynęty kupowali gotowe w sklepie. Odwracając się od naprawdę naturalnych przynęt które oferowała im otaczająca ich natura. Tych przynęt, które ryby najchętniej chciały skosztować, przynęt z pobliskich ziem, z tym jedynym dla nich unikalnym dla tego miejsca smakiem i zapachem. Ryby w rzece przepływającej obok Oporówka były tak bardzo przejedzone, że nie tknęły niczego czego uważały, że nie były godne. – jak się okazuje, bardzo mądre ryby. A wędkarze w nadziei – złudnej zresztą – wrzucali do wody kolejne to kilogramy zanęty, dostarczając w ten sposób nadmiaru pokarmu. Zapomnieli, że zanęta jest tylko sposobem na przyciągniecie ryb, a nic co w nadmiarze nie jest dobre. – tak się okazało i w tym przypadku.
    Andrzej nagle dostał serii przewidzeń. Przynajmniej tak sądził. Spławik zachowywał się tak, jakby coś ciągle skubało robaczka spokojnie zwisającego na haczyku. Po chwili sygnalizator (tj. spławik) cały poszedł pod wodę. Andrzej tak bardzo zdziwiony zaciął dopiero po dłuższej chwili.
    -Czyżbym zaciął kolejną walizkę? – mruknął podirytowany.
    Opór jednak był za mały, by mógł sądzić, że zaciął coś dużego. – „coś” wydawało mu się dobrym określeniem. Holowanie szło bardzo gładko, nawet topornie chodzący hamulec w kołowrotku ojca nie musiał pracować. Podciągawszy wędkę do góry, Andrzej zaniemówił, był to ładny – jak się okazało – 20cm okoń. Zdjął rybę z haczyka i pocałował ją, a następnie delikatnie wypuścił ją z powrotem do wody. Założył kolejnego dorodnego robaczka na haczyk, a miał tych robaczków zaledwie 10. Zarzucił tam samo jak to zrobił poprzednio. Efekt ukazał się już po chwili, zaciął i wyciągnął małego leszczyka, następnie kolejnego, potem kilka płoci krąpi. Wszystkie ryby wróciły do wody, tak jak to miał zwyczaj robić z każdą inna rybą w swoim życiu. – nie licząc jednego karpia, którego zabrał kiedyś do domu za prośbą żony. Łowił tak 30 minut, kiedy został mu ostatni robaczek, zrobił z nim to samo co z poprzednimi, czyli założył na haczyk i hop do wody. Efektem był ponad 2kg lin, jego życiowy rekord. Zrobił sobie kilka zdjęć ze swoją zdobyczą, a następnie – co było dla niego z góry oczywiste – wypuścił olbrzyma do wody. Tym oto linem Andrzej zakończył swoje połowy w tamten dzień. Nie próbował wykopać kolejnych dżdżownic z polany która znajdowała się zza jego plecami. Uznał, że wróci do domu i pochwali się tym wszystkim co go spotkało żonie oraz synowi. Uznał, że natura i sposoby naszych ojców wygrały ze starciem z tak niby niedoścignionym postępem, który dotknął i wędkarstwo. Ostatecznie Andrzej zmieniając swoje nastawienie do przeszłości i przyszłości, miał najlepsze wędkarskie wyniki w okolicy. Po czasie w rzece ryby znów zaczęły brać, ale nadal sposób który odkrył Nasz bohater był najskuteczniejszy...


    Sama Wędka Wędkarzem Nie Czyni

Pozdrawiam, Daniel G.

P.S. Może godne jakiejkolwiek publikacji to nie jest, aczkolwiek... Chcę poznać Wasze zdanie nt. tego co "wybazgrałem". ^ ^

Ciężar Wędziska.

05 maj 2009 - 19:30

Chciałbym wiedzieć, jakie ciężary wędzisk preferujecie, oraz od jakiego ciężaru wędzisko zaczyna być mniej praktyczne, a mianowicie: użytkowania zaczyna być znacząco męczące.

Osobiście interesuje mnie te wędzisko: http://andraex.home....20_40g-563.html - ale ze względu na wagę, myślę także nad tym: http://andraex.home....20_40g-167.html

DAM On-Liner 3,60m, jest lżejsza od 4,20m i to o ponad 100g, ale myślę, że ciężar wyrzutu – wynoszący 20-40g - nie będzie mi pozwalał na dalsze rzuty, z kolej 4,20m będzie w tej kwestii odpowiedniejsze, ale niestety sporo cięższe... Od razu ostrzegam, że zależy mi na wędzisku tej konkretnej firmy, więc propozycje wyboru innego wędziska, odpadają. icon_wink.gif

Oczywiście logiczne, że przy metodzie gruntowej, gdzie wędzisko głównie opiera się na podpórkach, waga jest mniej brana pod uwagę... Niestety ja szukam wędzisko do tzw. Spławikówki.

Pozdrawiam, Dormammu.

(nie)rdzewne Łożyska?

27 kwiecień 2009 - 19:42

Tak się ostatnio zastanawiałem, czy jest jakaś możliwość zabezpieczenia łożysk przed rdzewieniem? W jakiś sposób uszczelnić np. hamulec, by nie dostawała się przez niego wilgoć w formie wody(przykładowo; podczas deszczu)? - jakaś ilość wilgoci i tak się dostanie (co jest nieuniknione), ale z chęcią zmniejszyłbym tą wartość.

Drugie pytanie, to czy przy tych samych modelach kołowrotków, z różnicą łożysk nierdzewnych/rdzewnych, ten pierwszy typ posłużyłby sporo dłużej? - przy tych samych warunkach, frekwencji, użytkowaniu, etc.

Odpowiedz na pierwsze pytanie zawsze mi się przyda, a przy 2. chodziło mi oto, czy powinienem zacząć zwracać znaczącą uwagę na nierdzewność.

Z góry ślicznie dziękuje i pozdrawiam. icon_wink.gif