Skocz do zawartości


Zdjęcie

Na Rurze.


6 odpowiedzi w tym temacie

#1 Eugeniusz Friede

Eugeniusz Friede

    Wędkarz

  • Members
  • 67 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Słupsk

Napisano 02 kwiecień 2014 - 21:11

Słowo od autora.
Zabrałem się za pisanie o okresie 1,5 roku pracy na rurze. Było to trzydzieści lat temu. Wydawałoby się, że wszystkie emocje z tego okresu to już przeszłość. Czy aby na pewno?
Mieszkając już w Słupsku, poznałem Zdzicha-kolegę po fachu. Spotykaliśmy się towarzysko co jakiś czas na wieczorach ćwiartkowych. Któregoś razu, święcie przekonani, że jego domownicy już smacznie śpią, wspominaliśmy różne zdarzenia z czasów jego pracy na eksporcie w Libii i mojej w Związku Radzieckim. Musieliśmy trochę przesadzić z fantazjowaniem. Okazało się, że jego żona wcale nie spała, tylko słuchała naszych wymysłów. Po moim wyjściu dostał nożem w plecy.
Na szczęście skończyło się na opatrunku rany w przychodni.
Po co w takim razie ruszać ten temat? W czasach mody na seriale, kusi napisanie opowieści w odcinkach. Chociażby dla wprawy w przelewaniu swoich myśli na papier.



Od czasów maturalnych coraz bardziej zaniedbywałem czytanie i pisanie. Prawie wtórny analfabetyzm. Może da się to jeszcze naprawić?
Czy kogoś zainteresują wspomnienia z przed lat? Skąd mam to wiedzieć? Wielu moich kolegów z tamtego okresu wspólnej pracy już nie żyje. Inni na pewno nie usiądą przed ekranem komputera, bo nie mają takiej potrzeby.
Pojedyncze epizody zdarzało się niejednokrotnie opowiadać znajomym.
Były w tym ciągu zdarzeń również elementy wędkarskie. Chociażby ten o 99 węgorzach złowionych jednej nocy. Czy też o wiązce batów przewożonych przez granicę.
Potencjalnych czytelników proszę o cierpliwość. O wszystkim po kolei. Tak jak było.
c.d.n.

#2 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 02 kwiecień 2014 - 21:51

Każda forma dokumentowania swoich przeżyć, które były warte przeżycia, stanowi jakąś wartość. Zawsze znajdzie się ktoś, w kogo gust trafią, a nawet jeśli nie, to nawet dla samego siebie warto. Ja przynajmniej raz na dwa miesiące czytam swoje własne wypociny opisujące rejs po Wiśle i zatoce. Mam z tego niesamowitą satysfakcję.
Do roboty!
Вода это колыбель разумной жизни.

#3 Eugeniusz Friede

Eugeniusz Friede

    Wędkarz

  • Members
  • 67 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Słupsk

Napisano 07 kwiecień 2014 - 21:34

Wielkie Łuki.
Swoistym sposobem wyróżniania pracowników w czasach PRL-u była praca na budowach eksportowych. Warunki płacowe dużo korzystniejsze niż w kraju. Na taki wyjazd trzeba było odczekać swoje w kolejce. Ale, jako że w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia ogonki w Polsce były chlebem powszednim, czekanie na wyjazd również mieściło się w ówczesnej rzeczywistości.
Doczekałem się i ja skierowania do pracy za granicą.
Mówiło się wtedy o wyjeździe na rurę. A dokładnie chodziło o budowę ropociągu surguckiego w byłym ZSRR. Generalnym wykonawcą tej inwestycji była firma Energopol, a moja bydgoska Przemysłówka jednym z podwykonawców bazy obsługowej w Wielkich Łukach (Obwód Psków).
Wielkie Łuki i Psków zapisały się w historii stosunków polsko-rosyjskich w czasach wyprawy wojennej króla Stefana Batorego. Batory pod Pskowem to również znany obraz naszego wielkiego malarza Jana Matejki. Z materialnych śladów wspomnianych zdarzeń historycznych zostały w Wielkich Łukach obwałowania ziemne twierdzy i pamiątkowa tablica. W świeższej pamięci mieszkańców tego stutysięcznego miasta są zmagania wojenne w czasie II wojny światowej, no i nasz, kilkuletni współczesny najazd.
Zakwaterowani byliśmy w specjalnie zbudowanej bazie socjalnej. Usytuowanej na obrzeżu miasta, zwanej popularnie Płoszczadką. Przy wejściu na teren bazy stała portiernia, obok świetlica i stołówka, a dalej campy mieszkalne dla kilkuset zatrudnionych na budowie osób. Campy to parterowe baraki z zestawionych obok siebie barakowozów z wejściem z korytarza i ze wspólnymi sanitariatami dla kilkudziesięciu osób. Zdecydowaną większość naszej eksportowej społeczności stanowili mężczyźni. Kobiet było zaledwie kilkanaście.
Rytm dnia wyznaczał czas pracy i czas wolny. Pracowaliśmy przez sześć dni w tygodniu. Raz na trzy miesiące, za odpracowane soboty, wyjeżdżaliśmy na tydzień do kraju.
Pracowałem z tymi samymi budowlańcami co w Polsce. A tutaj jacy odmienieni?! W pracy o czasie, a nawet przed czasem. Fakt faktem, najbardziej oczekiwany z rana na budowie był samochód dostawczy, przywożący w termosach kawę i herbatę. Gaszące pragnienie napoje szybko trafiały do 3 litrowych baniek po sokach i innych podobnych naczyń.
Miarą osobistych profitów każdego z zatrudnionych był czas spędzony na eksporcie. Nikt się nie śpieszył. Ale pracując najbardziej dokładnie, z zachowaniem wszystkich kanonów sztuki budowlanej, w czasie 8 godzin nieprzerwanej dłubaniny efekty rodziły się same. Nie da się robić, żeby nic nie zrobić!

Przed wjazdem na teren budowy. Widoczne budynki przyszłej stolarni i administracyjny.

Nikt nie miał potrzeby urywać się z pracy. Żadnych niecierpiących zwłoki spraw w urzędach, szkołach, przedszkolach, bankach itd. Przed godziną piętnastą nikt nie opuścił stanowiska pracy?!
Zdarzały się wyjątki. Podpadziochy byli na wagę złota. A dokładnie-jako ochotnicy do ręcznego rozładunku wagonów z workowanym cementem. Dostarczanym z Polski koleją w nieprzewidywalnych dniach tygodnia i tak samo nieprzewidywalnych porach dnia lub nocy.
W trakcie przeładunku na granicy i przetoków wagonów większość worków była rozerwana. Ekipa rozładunkowa po zakończonej pracy była tak dokładnie umorusana cementem, jak dla porównania-górnicy po zakończonej szychcie pyłem węglowym. Jednym zdaniem-za podpadkę w pracy lub na bazie-zrobieni na szaro.
c.d.n.

#4 Eugeniusz Friede

Eugeniusz Friede

    Wędkarz

  • Members
  • 67 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Słupsk

Napisano 14 kwiecień 2014 - 19:30

Wielkie Łuki cz.2.
Zostałem dokwaterowany do doświadczonego „eksportowca”. Miał za sobą już kilka miesięcy pobytu za granicą. Bogdan w Polsce mieszkał wraz z rodziną we Włocławku. Wprowadził mnie w pisane i niepisane reguły bytowania w społeczności „campu”: W potocznym języku współmieszkańcy jednego pokoju są „herbatnikami”. Nazwa wzięła się od wspólnego picia herbaty. Przy wyjściu z pokoju, obojętnie czy tylko na korytarz, czy do toalety, zamykasz za sobą drzwi na klucz. Nad drzwiami na ścianie wisi „kołchoźnik” – głośnik naszego radiowęzła – niech sobie po cichu gra i gada. Przynajmniej nie przegapimy jakiegoś ważnego komunikatu. Na bazie jest sklepik spożywczy, można w nim kupić najpotrzebniejsze rzeczy. Płaci się tutejszą walutą. Pożyczam ci 50 rubli, oddasz przy pierwszej wypłacie. Złotówki możesz wyjąć z portfela. Przydadzą się dopiero w Polsce. Monopolowy jest obok na osiedlu. Tępione są na bazie „pewexy”, czyli inaczej meliniarze.
Tak w dużym streszczeniu brzmiał instruktaż. Mieszkaliśmy zgodnie razem aż do końca jego kontraktu.
Mój współlokator miał w pokoju czarno-biały tranzystorowy telewizor. Oglądać można było wyłącznie programy po rosyjsku. W miarę oswajania się z językiem przekaz był coraz bardziej zrozumiały. Programy publicystyczne, wiadomości czyli Wriemia, filmy – nadawane według stałego rozkładu. Ustalona ramówka emitowanych przez telewizję audycji została wywrócona do góry nogami po strąceniu przez Rosjan na dalekim wschodzie samolotu pasażerskiego. Na wszystkie możliwe sposoby było nicowane naruszenie przestrzeni powietrznej ZSRR. W świetle przytaczanych argumentów reakcja władz w stosunku do „naruszyciela” była jak najbardziej zasadna. Samolot stanowił tak wielkie zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa, że trzeba było zestrzelić.
Na temat wiarygodności przekazywanych obywatelom informacji sami Rosjanie opowiadali dowcipy. W jednym z nich mowa była o zawodach na bieżni, które urządzili sobie we dwójkę amerykański prezydent Regan i sekretarz Breżniew. Wygrał oczywiście młodszy i sprawniejszy fizycznie Regan. Za to w sprawozdaniu agencji informacyjnej TASS relacja z tego wydarzenia brzmiała: „Miał miejsce bieg, w którym zmierzyli się towarzysze Breżniew I Regan. Nasz zawodnik zajął wspaniałe II miejsce, a amerykański prezydent był przedostatni”.
Na jedno wychodzi, ale całkiem inaczej się słyszy.
Oprócz retransmisji programu pierwszego Polskiego Radia, podawania różnego rodzaju komunikatów, nasz „kaowiec” nadawał wieczorem Koncert Życzeń. W tak licznej grupie mieszkańców zawsze znaleźli się solenizanci. Do życzeń dołączał różne piosenki, ale nie było „koncertu” bez Casablanki. Daleko od domu, rodziny- słowa ; „w najdalszym kącie tego świata, dokąd cię rzucił twój wędrowny los, tęskniłeś zawsze do tej ziemi, na której nigdy nie brak trosk” nabierały innego wymiaru.
Do dzisiaj czuję sentyment do tego utworu. Współczesna wersja Casablanki;
Można było również przekazywać życzenia dla krewnych i znajomych w Polsce. Także w drugą stronę, na obczyznę. Polskie Radio emitowało nocą specjalny program dla pracowników Energopolu i ich rodzin. Skorzystałem z tej możliwości przesłania paru słów najbliższym. Moje życzenia autorzy audycji tak pięknie przeredagowali, że jeszcze długo po powrocie do kraju były wspominane.
Na wyposażeniu świetlicy w naszej bazie był projektor.Za to filmów do wyświetlenia jak na lekarstwo. Parę polskich i rosyjski horror „Wij”. Oglądany któryś raz z rzędu, bardziej śmieszył, niż straszył. Abstrahując od treści filmu, to jakby całowanie się z dorosłym niedźwiedziem; „ i smieszno , i straszno”.
c.d.n.

#5 Gitner

Gitner

    Wędkarz

  • Members
  • 26 postów

Napisano 24 kwiecień 2014 - 12:03

Fajno się czyto icon_smile.gif Kiedy następne odcinki?

#6 Eugeniusz Friede

Eugeniusz Friede

    Wędkarz

  • Members
  • 67 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Słupsk

Napisano 11 czerwiec 2014 - 19:30

Wielkie Łuki cz.3.
Z naszej bazy było około kilometra na budowę bloków mieszkalnych dla przyszłych pracowników firmy eksploatującej ropociąg. Tak samo daleko, ale w przeciwległą stronę, na plac budowy zakładu obsługi „rury”.
Bloki jak bloki. Standard - jak budowanych w tym czasie w Polsce. Za to zakład obsługi ropociągu to spora fabryka produkcyjna różnych branż cywilnych – i nie tylko. Najciekawszą budowlą był magazyn długotrwałego składowania (schron przeciwatomowy). Obiekt schowany pod ziemią. Zaprojektowany na wytrzymanie ataku broni jądrowej. Wyposażony na długotrwałe przetrwanie ukrytych w nim osób.
Materiały do budowy ( za wyjątkiem kruszywa ) i urządzenia na wyposażenie, zarówno mieszkań jak i fabryki, były dostarczane z kraju. Realizacją kontraktu zarabialiśmy na dostawy ropy do Polski. Rozliczenia nie były specjalnie korzystne dla naszej strony. Faktem jest, że złotówka wtedy bardzo podupadła, ale 200 zł za uzyskanie 1 rubla to było bardzo drogo. Dla porównania nasz „prywatny” eksport pozwalał uzyskać 1 rubla za 20 zł, czyli 10 razy taniej. Per saldo się to wszystko zapewne uśredniało. Wszak państwo jest bogate dostatkiem swoich obywateli.
Przy dobrej pogodzie kilometrowy spacerek do pracy i z powrotem był przyjemnością. Ta przyjemność zamieniała się w koszmar, jak zimą dmuchnął wiatr polarny. Uczucie było porównywalne do torturowania twarzy ukłuciami igieł. Jaka technika marszu pod wiatr? Dwa kroki przodem, dwa tyłem. Taneczny krok idących do pracy grupek pracowników wyglądał nawet zabawnie.
Czas po pracy był czasem wolnym.
Zaczynał się obiadem w stołówce. Przy wejściu na salę jadalną wisiała szafka z przegródkami oznaczonymi literami alfabetu. W tych przegródkach były wykładane przychodzące listy. Pierwsze to przewertowanie pliku korespondencji ze swojej przegródki. Adresaci zaczynali posiłek od czytania. Widać byli bardziej spragnieni wieści od najbliższych, niż głodni.
Wiadomości nie zawsze były przyjemne. Zdarzało się, że rozłąka kończyła się rozstaniami lub zerwaniami dotychczasowych związków. Dla takich nowin można było usłyszeć na gorąco komentarz: To k…. , jak ona mogła to zrobić! Z takim ch… się puścić!
Samo życie. Zdarza się to i współcześnie wyjeżdżającym do pracy na zachodzie Europy. Bywa, że nie mają do kogo i po co wrócić. Do tego jeszcze puste konto w banku.
Najszybszym sposobem przesyłania informacji było przekazanie listu przez znajomego wyjeżdżającego na , lub wracającego z „rozłąki”. List dzisiaj napisany, następnego dnia docierał do adresata. O ile posłaniec nie zapomniał go oddać.
Tak się złożyło, że krótko po moim wyjeździe miała nam się powiększyć rodzina. Czekam i czekam, zaglądam do swojej przegródki na listy, a tu ciągle nic. Żadnych wiadomości.
Nie było wtedy jeszcze badań USG. Płeć potomka jawiła się dopiero przy narodzinach. Oczywiście wróżbitek w tym przedmiocie nie brakowało. Przewidywania te wynikały z obserwacji upodobań kulinarnych ciężarnej, kształtu figury, samopoczucia i czego tam jeszcze. Każda „wróżka” była niezbicie przekonana co do słuszności swoich racji.
Informacja o urodzeniu Marcina była niewątpliwie ważną wiadomością. Jako taka została wysłana najwyższą rangą pocztową– expresem poleconym par avion. Dotarła do mnie po miesiącu.

Bohater opowieści – zdjęcie współczesne. Fot. Aneta Friede.
Wspólnie przedyskutowana, ustalona i uzgodniona decyzja o wyjeździe do pracy za granicą i tak pozostawiła cień żalu, że nie było mnie w domu w tak ważnym momencie. Cóż, nie można mieć wszystkiego jednocześnie.
c.d.n.

#7 Eugeniusz Friede

Eugeniusz Friede

    Wędkarz

  • Members
  • 67 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Słupsk

Napisano 18 sierpień 2014 - 21:05

Wielkie Łuki cz.4.
Zgadałem się któregoś dnia ze znajomym o wędkowaniu. Zaproponował mi udział w nocnej wyprawie na węgorza. Uprzedził lojalnie, że jest to wyjazd poza dopuszczoną strefę naszego poruszania się i każdy jedzie na własne ryzyko. Co mi tam. Zaprzepaścić taką okazję? Kilkanaście kilometrów jazdy autobusem i już byliśmy nad jeziorem. Ekipa łowców była doskonale zorganizowana i wyposażona. Nad wodą łódka. Wiosła od niej na przechowaniu u znajomej „babuszki”. Tradycyjnym miejscem biwaku była wyspa znajdująca się na tym akwenie. Przetransportowanie kilku osób i ekwipunku odbyło się bodajże dwoma kursami. Na miejscu podział na grupy i przydział zadań. Jedni do rozstawienia namiotu ze zdobycznej plandeki, inni do przygotowania zapasu opału do ogniska na całą noc. Kolejne osoby do złapania przynęty.
Sklepy sportowe w „naszym” mieście były dobrze zaopatrzone w sprzęt wędkarski. Jednak wiele oferowanych artykułów było topornie wykonanych. Klepanych jak gdyby ze sztancy na ilość, a nie na jakość. W obfitości podaży zawsze można było coś tam wybrać.
Spotykałem Rosjan wędkujących na stawkach znajdujących się w Wielkich Łukach. Łowili najczęściej karasie. Ryby były następnie rozwieszane w oknie domu i suszone w cieple promieni słonecznych. Nie zdarzyło mi się nigdy skosztować suszonej ryby. Słyszałem opinię, że była to smaczna przekąska do piwa?
Nasze jezioro było zarośnięte zielskiem. Tylko gdzie nie gdzie otwarte lustro wody. Na powierzchni spławiały się jakieś małe ryby. O zmierzchu nasz „główny łowca’” w towarzystwie wioślarza wypłynęli rozstawić przynęty według tylko im znanego klucza. Nie za blisko brzegu, nie za daleko na jezioro. W linii, gdzie najczęściej żerują węgorze.
Zjedliśmy kolację z zabranych ze sobą zapasów. Do tego ciepła kiełbaska upieczona nad ogniem. Jak zazwyczaj na biwakach, nocne rodaków rozmowy. Wypadało się jednak w końcu zdrzemnąć. Noc zrobiła się chłodna. Improwizowany namiot nie miał tylnej ściany. Z przodu grzało ciepło ogniska. Z tyłu doskwierało zimno.
Wczesnym rankiem zespół „ustawiaczy” popłynął sprawdzić efekty swojej wieczornej pracy. Na kilkunastu hakach były węgorze. Większość przynęt była nietknięta.
Na naszej bazie była również wędzarnia. Prowizoryczna, zrobiona z beczki po odcięciu dna. Doskonale spełniała swoją funkcję. Z podziału złowionych ryb dostałem jednego, już uwędzonego węgorza. Pachnącego dymem, ciepłego, soczystego. Palce lizać!
Przed planowanym wyjazdem na „rozłąkę” do kraju pokusiło powtórnie odwiedzić to łowisko. Wybraliśmy się tym razem we dwójkę. Reszta pierwotnej ekipy była w rozjazdach i na dyżurach. Zakres prac związanych ze zorganizowaniem pobytu na wodą taki sam jak poprzednio. Nas tylko dwóch. Napracowaliśmy się setnie przy zagospodarowaniu obozowiska. Trzeba było także rozstawić przynęty. W zupełnym mroku spływaliśmy z jeziora.
Całe szczęście, że obozowaliśmy na wyspie. Gęste ciemności wokół naszego skromnego dwuosobowego biwaku powodowały, że czuliśmy się trochę nieswojo. Wszelkie odgłosy nocą nad wodą są dużo bardziej słyszalne. Sen w tych warunkach był bardziej czujną drzemką, niż odpoczynkiem.

Zapadający zmrok nad jeziorem. Fot. Zbigniew Bucki.
Ranek był tak wilgotny od rosy, że drewno dołożone do ogniska bardziej dymiło niż grzało. Wyruszyliśmy łódką na wodę. Patrzymy, a pływaków od naszych przynęt nie ma. Co za licho? Jednak były. Przesunięte po kilkanaście metrów w kierunku do brzegu lub na jezioro. Pływaliśmy zygzakiem wyjmując kolejne węgorze. Mniejsze bliżej brzegu, większe na głębszej wodzie. Razem 99 sztuk.
Zapakowaliśmy się do drogi powrotnej. Nasza łódka w drodze do brzegu jak gdyby oporniej posuwała się do przodu. Zauważyliśmy na wodzie jeszcze jeden pływak. Na haku była sporych rozmiarów ryba. Postanowiliśmy podarować ją opiekunce naszych wioseł. Niech również skosztuje czegoś smacznego. Pokazujemy jej włożonego do wybieraka wody węgorza i mówimy: Eta ryba dla was. Babuszka patrzy do naczynia i z pytaniem do nas: Cztoż eto za ryba? My na to: Eto ugorc. Gospodyni w odpowiedzi: Nie znaju. Toż eto gad, a nie ryba!
Ta pani mieszkała kilkadziesiąt lat nad jeziorem w swojej drewnianej chatce. Nie wiedziała, że węgorz to ryba. Być może nie pamiętała Lenina. Za to instalacja elektryczna w jej domu bez żadnej wątpliwości pochodziła z czasów zarządzonej przez niego powszechnej elektryfikacji kraju. Jednożyłowe przewody prowadzone każdy oddzielnie zawijane na porcelanowe uchwyty.
Rybostan tego jeziora, na który składały się węgorze i trochę małej białej ryby, nie miał zachowanej równowagi ichtiologicznej. Odławiając, co prawda w sposób bardziej rybacki niż wędkarski, trochę konsumpcyjnych rarytasów, w jakimś stopniu przywracaliśmy warunki do bytowania w nim różnych gatunków ryb.
Następnych kilka dni upłynęło przy degustacji w gronie znajomych złowionych węgorzy. Przyrządzonych na różne sposoby; wędzonych, smażonych, gotowanych. Zakąska na głowie gospodarza. Goście zadbali o to, żeby ryba miała w czym pływać.
Kilka słoików tego przysmaku w sosie własnym przyjechało ze mną do Polski. Wzbogaciły menu na przyjęciu z okazji chrztu naszej pociechy.
c.d.n.



Dodaj odpowiedź



  


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych