Skocz do zawartości


Zdjęcie

Spływ, Wędkowanie, Ale Nie Tylko Wędkarsko...


17 odpowiedzi w tym temacie

#1 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 29 czerwiec 2012 - 21:20

Mój znajomy zaproponował mi udział w dosyć ciekawym przedsięwzięciu: Chodziło o rejs po Wiśle i Zatoce Gdańskiej z Warszawy do Pucka. Wyprawa miała na celu spływ i kilka dni nad morzem spędzonych na wędkowaniu. Do dyspozycji mieliśmy jacht, który kolega buduje mozolnie od trzech lat. Lubię różne wyzwania i kontakt z wodą w każdej postaci, więc nie pozostało mi nic innego jak przyjąć propozycję. Zaplanowaliśmy urlop, zrobiliśmy niezbędne zakupy, przygotowaliśmy wszystko co niezbędne. Pozostało jedynie liczyć na pogodę…… i w drogę!
Jacht:
Jest to łódź kabinowa z przeznaczeniem pod żagiel, o wymiarach 7,5 metra długości i 3 metry szerokości , budowana ze sklejki laminowanej . Nie ma jeszcze masztu i żagla, oraz kilku bardzo pomocnych elementów wyposażenia, takich jak relingi, ścieżki antypoślizgowe czy rolka dziobowa na kotwicę. Są za to sypialnie, kuchenka gazowa, zlewozmywak i oświetlenie. Łódź jest obecnie napędzana silnikiem zaburtowym. Z silnikiem jest niestety jeden problem: Do łodzi o takim gabarycie potrzebna jest śruba uciągowa, której producent niestety nie przewidział do posiadanej do tej pory przez Włodka sześciokonnej Hondy. Kolega kupił co prawda drugi silnik 10 KM z właściwą śrubą, ale niestety w ostatniej chwili pojawił się wyciek oleju ze spodziny i niestety musieliśmy pozostać przy starej sprawdzonej Hondzi. Brak śruby uciągowej powoduje bardzo powolne reagowanie jachtu na wszelkie zmiany kierunku. Jest bardzo bezwładny i trudny w manewrowaniu, a w szczególności w hamowaniu. W ogóle nie jest to idealny jacht ani do pływania po Wiśle, ani do pływania po morzu. Na Wisłę jest za duży, nieporęczny, i ma zbyt duże zanurzenie. Na morze jest z kolei zbyt delikatny i powolny. Przy dobrej pogodzie da radę, ale trzeba być czujnym w każdej chwili. Biorąc jednak pod uwagę, że mamy pływać i po Wiśle, i po morzu, i do tego mieszkać na nim przez ponad tydzień, wydaje się być jedynym możliwym kompromisem.
O tej porze roku niestety nie mogę sobie pozwolić na zbyt długi urlop, więc Włodek podstawił jacht wcześniej do przystani SILURUS w Modlinie. Taki mały skrócik. Startujemy w sobotę drugiego czerwca z samego rana. Pogoda od początku nas nie rozpieszcza. Jest silny wiatr wiejący nam prosto w twarz, niezbyt wysoka temperatura, i gęste chmury straszące możliwym deszczem. W zasadzie to deszczu boimy się najbardziej, co później okaże się niesłuszne. Ogólnie niezbyt miło. Na początku płyniemy po znanym nam odcinku Wisły. Jest bardzo płytko a szlak słabo oznakowany. Cały czas pełna koncentracja. Jeden przy silniku, a drugi z lornetką bada trasę. Ledwie udało nam się minąć Grochale, a już robi się nieciekawie. Wiatr się wzmógł, a fala dochodzi prawie do metra wysokości. Jesteśmy na środku koryta i czujemy w zębach piasek niesiony przez wiatr. Siedzimy z tyłu w kokpicie, a fala uderzająca o dziób łodzi chlapie nam w twarz. Jest to coś obrzydliwego w przypadku wiślanej wody. Jedyna możliwa decyzja to spłynięcie do brzegu. Przed nami widzimy szkwał, który podrywa w powietrze wodę i niesie ją w postaci kurzawy. Przybijamy do wyspy, żeby przeczekać wietrzysko. Po godzinie jest już lepiej, chociaż do ideału brakuje sporo, ale jakoś musimy dać radę. Ruszamy, ale niestety po godzinie znowu spływamy z podkulonym ogonem do brzegu. Czekamy na lepsze warunki i płyniemy dalej. Niestety nasze ambitne plany dopłynięcia do Włocławka walą w łeb. Już wiemy, że nie dopłyniemy nawet do Płocka. Po dwóch godzinach przerwy w wiślanym sztormie przybijamy do wyspy i wiemy już, że tutaj spędzimy noc. Na brzegu palimy ognisko i pocieszamy się pieczoną kiełbaską na kolację. Jesteśmy zmarznięci, przewiani, i mocno podłamani. Płynęliśmy po znanej nam dobrze wodzie, a mimo to dwukrotnie przytarliśmy o dno.


#2 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 09:48

Zdjęcia:
Sztorm na Wiśle.
Konar na szlaku żeglugowym...
Piękna pogoda.
Tęcza.
Ognisko na rozgrzewkę.

Załączone miniatury

  • P6020175.JPG
  • P6020170.JPG
  • P6020179.JPG
  • P6020180.JPG
  • P6020184.JPG

Użytkownik wahlul edytował ten post 30 czerwiec 2012 - 09:51

Вода это колыбель разумной жизни.

#3 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 09:53

Noc niestety nie dała nam odpoczynku. Temperatura spadła do sześciu stopni i zamiast się ogrzać i nabrać sił, obudziliśmy się jeszcze bardziej przemarznięci. Pełni nadziei na to, że w końcu będzie lepiej ruszamy dalej. Chmur jest jakby mniej, ale ogólnie pogoda podobna. Cały czas płyniemy pod wiatr na granicy możliwości naszego jachtu. Udaje nam się minąć Płock i znowu przegrywamy z żywiołem…. Sytuacja po raz pierwszy robi się naprawdę niebezpieczna. Płyniemy po zbyt głębokiej wodzie, żeby rzucić kotwicę, a do brzegu strach podpływać, bo wszędzie leżą potężne głazy. Włodek wypatrzył jakąś główkę i zatokę przy brzegu. Biorę lornetkę do rąk…….. i widzę coś cudownego! Przystań! Normalna żeglarska przystań! Co prawda Włodek nie był pewny, czy nas przyjmą, bo wyglądało to na coś kameralnego i prywatnego. Nie mieliśmy jednak wyboru – tak wysokiej fali jeszcze nie widzieliśmy, a garnki w kuchni zaczęły tańczyć lambadę. Przy takim wietrze, nawet w zasłoniętym od fal basenie przystani, przycumowanie było nie lada wyzwaniem. W przystani zostaliśmy potraktowani bardzo gościnnie i ze zrozumieniem naszej nie najweselszej sytuacji. Nie skasowali nas nawet za postój, a tylko zapłaciliśmy normalną, niewygórowaną stawkę za dostęp do mediów (prąd, woda pitna i kibelek). A szczerze mówiąc, to nawet tej opłaty się od nas nie domagali. Kolejne cztery godziny czekania na poprawę pogody, ładowania akumulatorów i uzupełniania zapasów wody. Właściciel przystani udzielił nam instrukcji, jak będzie wyglądała Wisła w dalszym biegu. Te rady później okazały się bardzo pomocne.
Serdecznie i z całego serca Panu dziękujemy!
Po odczekaniu czterech godzin, wystartowaliśmy jak wściekłe psy. Wiedzieliśmy, że zapora we Włocławku jest w naszym zasięgu, a my musimy odrabiać straty. Udało się. Korzystając z głębokiej wody zalewu Włocławskiego dobiliśmy piętnaście minut przed ostatnim śluzowaniem. Chwilka postoju i mamy zgodę na wejście do śluzy. Dwanaście metrów w dół, około 10 000 ton wody spuszczonej przez śluzę, i jesteśmy za zaporą. Po powrocie do koryta rzeki, płyniemy z dosyć szybkim nurtem koło główek, cały czas walcząc ze stadem meszek, które dosiadły nas w śluzie i nie bardzo miały ochotę zostawić. W dosyć nieciekawym momencie stało się coś strasznego. Włodek nagle podniósł ręką rumpel od silnika, który nie wiedzieć czemu, przestał tworzyć jego integralny element…. Odkręciła się nakrętka i śruba mocująca rumpel wypadła do wody…. W najlepszym momencie…. Włodek trzyma silnik dwiema rękami, a ja w ciągu jednej sekundy melduję się na dziobie przy kotwicy. Nie zdążyłem nawet zapytać, a Włodek już patrzy na echosondę i pada odpowiedź: 3,5 metra! Rzucam kotwicę, blokuję linkę na knadze i modlę się, żeby wytrzymała takie hamowanie dwutonowej łodzi. Udało się. Zatrzymaliśmy łódź kilka metrów przed główką i mamy szansę wykonać naprawę. Naprawa to w prawdzie zbyt dużo powiedziane, ale na tych kilku zwojach miedzianego drutu rumpel trzymał się do końca wyprawy. Wypływamy za miasto korzystając z ostatnich promieni słońca. Mamy dosyć wrażeń więc cumujemy na noc. Rzut oka na prognozę pogody…. Noc ma być niewiele cieplejsza, ale za to powinien być dużo słabszy wiatr.
Вода это колыбель разумной жизни.

#4 Dadi

Dadi

    Weteran

  • Members
  • 177 postów
  • Lokalizacja:Kraków

Napisano 30 czerwiec 2012 - 13:12

czekam na dalsza relacje !!!!!!!!!!!!!

#5 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 15:50

Zdjęcia:
Panorama Płocka.
Nasz jachcik w przystani czeka na lepszą pogodę.
"Kraina wiecznych śniegów" czyli kolonia kormoranów.
Koniec horyzontu w wodzie.
Giewont???? icon_biggrin.gif
Zapora.
Śluza pełna.
Śluza pusta.

Załączone miniatury

  • P6030193.JPG
  • P6030196.JPG
  • P6030200.JPG
  • P6030202.JPG
  • P6030205.JPG
  • P6030213.JPG
  • P6030215.JPG
  • P6030232.JPG

Użytkownik wahlul edytował ten post 30 czerwiec 2012 - 15:50

Вода это колыбель разумной жизни.

#6 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 15:58

Poniedziałek miał być innym dniem. Po pierwsze pogoda miała być dla nas łaskawsza, a po drugie mieliśmy zaplanowany postój w Toruniu. Jest to jedno z moich ulubionych miast, z piękną starówką i bardzo tanią dobrą gastronomią. Powiedziałem, że mam gdzieś gotow…… przepraszam, odgrzewanie obiadu i że wyskoczę na miasto przynieść pierogi z „Leniwej”. Oprócz tego mieliśmy zrobić zakupy i uzupełnić paliwo. Humory zaczęły nam dopisywać. Włodek na widok ogromnego stada kormoranów zaczął coś kląć na te szkodniki i próbuje je popędzić. Klaszcze, krzyczy, macha rękami, a one nic. Bezczelność tych ptaków nie zna granic. W tym momencie wpadłem na ciekawy pomysł: Wziąłem wiosło i wycelowałem do nich jak ze strzelby. W tym momencie wszystkie zerwały się do lotu, nie wiedzieć czemu? Mamy ubaw, a gęba jeszcze bardziej zaczęła mi się cieszyć na widok panoramy Torunia widzianej przez lornetkę. Tyle miłych wspomnień mam związanych z Toruniem, że od razu zrobiło mi się cieplej na duszy. Zapomniałem nawet o dosyć istotnym problemie nawigacyjnym, z którym nie mogliśmy sobie poradzić, a który wynikał ze zmiany sposobu oznakowania szlaku. Mijamy się z Policją rzeczną, Panowie funkcjonariusze popatrzyli z zaciekawieniem, pozdrowiliśmy się nawzajem i popłynęli kontynuować patrol. No i tyle było miłego w Toruniu…..
Przed pierwszym mostem popełniliśmy niewybaczalny w skutkach błąd nawigacyjny. Złudzenie optyczne w połączeniu z chwilową beztroską doprowadziło do błędnej decyzji, w wyniku której wylądowaliśmy na mieliźnie. Niby nic strasznego, bo nie raz to się już zdarzyło, ale do tej pory wystarczyło przepchnąć się wiosłami. Tym razem jednak zaryliśmy na dobre. Próbowaliśmy ruszyć kadłub wiosłami, ale ten nawet nie drgnął jakby był przyklejony do dna. Do rantu przykosy mamy sześć, do siedmiu metrów, do tyłu nie ma co próbować, bo za płytko na silnik a na wiosłach nie pokonamy nurtu rzeki. Chwila do namysłu i wychodzi na to, że nie mamy wyjścia. Musimy przepchać się do przodu. Włodek założył spodniobuty i wyskoczył za burtę. Ja w międzyczasie wykorzystałem wiosło jako szpadel i poruszyłem trochę piachu na przykosie tak, że wypłukał się rowek przed kadłubem. Jedyne wyjście, to obracać łódź na przemian w lewo i prawo, no i liczyć na to, że woda ją popchnie we właściwym kierunku. Włodek rękami w wodzie, a ja wiosłem z pokładu. Mordujemy się tak kilkanaście dobrych minut. Zaczyna brakować nam sił, ale widzimy, że z każdym ruchem przesuwamy się o około 10 cm. Wreszcie jesteśmy na tyle blisko rantu, że obracają kadłub dziobem pod prąd wystawiamy rufę poza przykosę. Wciągnąłem Włodka na pokład, odpaliliśmy silnik i manetka do oporu. Pomagając Hondzi wiosłami udaje nam się wrócić na głębszą wodę. Jesteśmy zmęczeni i zdenerwowani, ale zadowoleni, bo poradziliśmy sobie z problemem. Niestety od tego momentu wszystko zaczyna iść nie tak. Nie udaje nam się przycumować przy „bulwarze” ze względu na kamienie. Wygląda na to, że pierogi zjem w Toruniu następnym razem. Przepływamy na lewy brzeg pod drugi most, bo tam mamy najbliżej do stacji benzynowej. Tutaj też nie podpłyniemy bo za płytko. Generalnie mamy dość i cumujemy poniżej starówki przy prawym brzegu. Musimy uzupełnić przynajmniej paliwo, bo potem możemy nie mieć gdzie tego zrobić. Biorę kanister , torbę na zakupy i ruszam w miasto. Stacja na drugim brzegu wydaje się strasznie daleko. I to jest fakt. Kolejna o której wiem, jest po drugiej stronie starego miasta. To też stanowczo za daleko. Jestem w miejscu, gdzie nigdy się jeszcze nie zapuściłem, bo i w sumie nie miałem po co. Nieopodal zauważyłem robotników drogowych, którzy korzystają z agregatu spalinowego. Kanistry też mają, więc chyba powinni wskazać mi najbliższą stację paliw? „Pójdzie pan prosto tą drogą i będzie BP…… za jakiś kilometr”. Kilometr to kilometr, na pewno to bliżej niż pozostałe stacje. Idę sobie zadowolony, wstępuję do spożywczego po pieczywo i warzywa, idę dalej, dalej, dalej i dalej. Coś mi tu nie gra…. Pytam przechodnia o stację BP: „aaa, jest BP tak jak pan idzie, za jakiś kilometr będzie”. Zaburzenia czasoprzestrzeni, czy co? Już chyba przeszedłem ze dwa kilometry. No, niestety wyjścia nie ma – idę dalej. Przeszedłem około kolejnego kilometra…. Zaczyna mnie to wkurzać. Pytam kolejnych przechodniów: „Tak, jest stacja tam za tym zakrętem”. Idę, mijam zakręt, i widzę stację….. , ale coś mi tu nie gra. To na pewno nie jest BP! No nic, w zaistniałej sytuacji nie będę wybrzydzał. Podchodzę bliżej…… i nagle kolana mi się ugięły…. Okna zamurowane, dystrybutorów brak, stacja nieczynna… Co jest!? Zabłądziłem??? Całe szczęście owa stacja widmo jednak istniała, jeszcze kawałek dalej. Nalałem w kanister równiutkie 20l i ruszam z powrotem. No cóż, wiele razy niosłem dwudziestolitrowy kanister, ale absolutnie nigdy nie był taki ciężki. Jest mi gorąco, brakuje tchu, pot płynie ze mnie strumieniami. Nawet ludzie jakoś dziwnie na mnie patrzą. Coraz częściej robię przerwy i zmieniam rękę. Przechodzę koło zoo i widzę osiołka….. Od razu przyszedł mi do głowy szatański pomysł, żeby go….. pożyczyć. Oczywiście o wprowadzeniu w życie mojego planu nie było mowy. Na ostatnich nogach, ociekający potem docieram nad brzeg Wisły. Mam wrażenie, że przeszedłem ponad pięć kilometrów w jedną stronę, ledwie żyję. Zmieniam ubranie, jemy obiad i myślimy co dalej robić? Włodek w międzyczasie zadzwonił do syna i poprosił go, żeby poszukał w internecie opisów znaków nawigacyjnych. Co prawda są nam one dobrze znane, ale w przypadku znaków nabrzeżnych, wszędzie stoją parami dwa sprzeczne znaki. Nie wiemy jak to interpretować, a po tej przykosie przed mostem i wcześniejszym dwukrotnym przytarciu o dno przy zmianie brzegu, nie bardzo mamy ochotę ryzykować. Czujemy się bezsilni. Jesteśmy zmarznięci, przewiani i zmęczeni. Syn Włodka nie znalazł dla nas nic nowego. Po raz pierwszy tak naprawdę nie wiemy co robić. Mam w prawdzie pomysł na interpretację takiego oznakowania, ale Włodek kręci nosem, że to się kłóci z definicjami tych znaków. Nie mamy jednak wyjścia, trzeba to wypróbować. Ruszamy i testujemy mój pomysł. Raz się udało, drugi raz, trzeci raz…… EUREKA! Echosonda potwierdza, że miałem rację. Odzyskaliśmy zapał i płyniemy całą parą. Co prawda oznakowanie nabrzeżne wymaga bardziej kanciastego toru spływu, ale przynajmniej nie brakuje nam wody pod kilem. Trochę nam wstyd, ale w sumie nie da się zostać praktykiem, bez odbycia praktyki. Do tej pory pływaliśmy po wodach oznaczonych bojkami, a nie znakami na tyczkach.
Pomiędzy Toruniem a Bydgoszczą znajdujemy miejsce na nocleg. Ognisko, kiełbaski, po piwku i spać. Dzisiaj naprawdę mamy dosyć wrażeń.

Вода это колыбель разумной жизни.

#7 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 18:03

Zdjęcia:
Wrak statku.
Ruiny.
Nieszawa.
Prom w Nieszawie.
Przeszkadzamy szkodnikom w obiadku icon_twisted.gif
Toruń.
Drzewo.

Załączone miniatury

  • P6040239.JPG
  • P6040241.JPG
  • P6040245.JPG
  • P6040247.JPG
  • P6040250.JPG
  • P6040251.JPG
  • P6040258.JPG

Вода это колыбель разумной жизни.

#8 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 18:06

We wtorek mieliśmy dokonać niemożliwego. Do tej pory ledwie minęliśmy półmetek Wisły, a zajęło nam to trzy dni. Statystyki mówią, że nie zdążymy nawet powędkować na zatoce jeśli dalej tak pójdzie. Śniadanie jemy szybciutko i ruszamy. Pogoda niezbyt miła, ale wiatr słaby i wszystko wygląda stabilnie. Nauczyliśmy się czytać znaki nabrzeżne, paliwo mamy uzupełnione.... W sumie nie ma żadnych przeszkód. Ustalamy, że nie stajemy nawet na obiad, tylko jemy na zmianę w biegu. Warunki wreszcie są względnie korzystne więc chcemy je maksymalnie wykorzystać. Mijamy kolejne miasta, momentami łapiemy nawet 15 km/h. Najwyraźniej nurt tutaj jest szybszy, bo do tej pory nie udawało się nam przekroczyć 12 km/h. Włączam co godzinę GPS i sprawdzam nasze położenie. Widzę, że jest szansa żeby dopłynąć dzisiaj do ujścia. Woda jest coraz głębsza i regularna, więc nie robimy już kanciastego slalomu, tylko coraz bardziej ścinamy wszystkie zakręty. Właściciel przystani koło Płocka powiedział nam, że mniej więcej od Tczewa Wisła to praktycznie kanał. Wszystko co nam doradził sprawdzało się do tej pory w stu procentach, więc teraz beztrosko tniemy na krechę i łykamy kilometry . Niestety nie mogło być tak całkiem dobrze i coś się musiało wydarzyć. Popsuł się GPS. Trochę nas to zmartwiło, bo najbardziej liczyliśmy na niego podczas płynięcia po zatoce. No trudno, trzeba będzie sobie jakoś radzić. Zachodzące słońce zaświeciło pod gęstym sklepieniem chmur. Nad nami ołowiana szarość, a z boku promienie, które oświetlają wszystko nienaturalnie jaskrawymi kolorami. Wygląda to przepięknie. Czujemy na twarzach ciepło, a woda po raz pierwszy jest gładka jak lustro. Pojawia się delikatne falowanie z ujścia Wisły. Do tego spotkało nas coś cudownego. Koło naszej łodzi pokazała się……. Foka! Niesamowite przeżycie. Niby żyją sobie te foki w Bałtyku, ale żeby w Wiśle? Pierwszy raz widzieliśmy z Włodkiem dziką, wolno żyjącą fokę. Niestety bydle nie było zbyt towarzyskie, popatrzyło na nas przez kilka sekund i zniknęło pod wodą. Nawet nie zdążyłem wyciągnąć aparatu. Dopływamy wreszcie do ujścia. Udało się! Jesteśmy przy śluzie i widzimy pierwsze ujście Wisły. Zawijamy do starego portu obok śluzy i szykujemy się do noclegu. Chcemy być przy śluzie o 7:00, żeby przepłynąć jako pierwsi. Inaczej nie zdążymy na otwarcie mostu pontonowego o 8:30. Sprawdzamy jeszcze prognozę….. Jest dobrze. Idziemy spać bardzo zadowoleni i pełni nadziei na jutro.
Вода это колыбель разумной жизни.

#9 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 18:19

Zdjęcia:
Urwisty brzeg.
Nasze "ukochane" znaki nabrzeżne.
Grudziądz.
Grudziądz 2.
Panorama miasta.
Tczew.
Niesamowity zachód słońca.
"PRZEKOP" czyli pierwsze ujście Wisły.

Załączone miniatury

  • P6050269.JPG
  • P6050271.JPG
  • P6050278.JPG
  • P6050281.JPG
  • P6050282.JPG
  • P6050289.JPG
  • P6050291.JPG
  • P6050292.JPG

Вода это колыбель разумной жизни.

#10 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 18:28

Zaspaliśmy. Ja liczyłem na Włodka, Włodek na mnie, a w praktyce wyszło to, co wyszło. Żaden z nas nie miał ochoty wyleźć spod kołdry po zimnej nocy. Decyzja może być tylko jedna: Zapominamy o śniadaniu, myciu i innych głupotach, żeby tylko zdążyć na śluzowanie. Jesteśmy tuż obok śluzy, więc jeszcze nic straconego. Co prawda i tak przeszliśmy przez śluzę pół godziny później, ale to już nie była nasza wina, tylko obsługi. To śluzowanie też nie było takie jak do tej pory. Ja wiem, że Włocławek to Włocławek, ale tutaj opuścili nas o jakieś…….10 cm. No nic, na otwarcie mostu ciągle mamy szansę zdążyć. Tniemy ile fabryka dała. W międzyczasie robię śniadanie, które zjadamy w biegu. Most ukazał się nam zdecydowanie szybciej niż się spodziewaliśmy. Musieliśmy nawet zakotwiczyć i przeczekać przy brzegu ponad piętnaście minut. Wreszcie przepływamy ostatnią fizycznie ograniczającą nas przeszkodę. Teraz czeka nas tylko „Martwa Wisła” i ……. Zatoka Gdańska. Włodek zadzwonił do Kapitanatu. Powiedzieli, że pogoda jest dobra i w morze wyszły nawet najmniejsze jednostki. Pierwsza rzecz, która zrobiła na mnie ogromne wrażenie, to „Zatoka kutrów”. Jest to malutka zatoczka na „Martwej Wiśle”, tuż przed portem, gdzie leży kilka wraków starych drewnianych kutrów. Wyglądają jak stare szkielety. Uderza mnie kilka rzeczy: Widoczny na pierwszy rzut oka trud włożony w ich budowę, niepokonany i wszechpotężny wpływ żywiołu na ludzkie wysiłki, no i nieunikniona porażka w walce z płynącym czasem. Źródło niesamowitych refleksji dla kogoś, kto ma trochę pojęcia o budowie łodzi i wpływie sił natury na ludzkie dzieła. Przepływamy przez stocznię i podziwiamy majestatyczne piękno transatlantyków. Nasza łupinka wygląda przerażająco mizernie przy kolosach ważących tysiące ton i wysokich jak kilkupiętrowe bloki. Ileż one świata widziały? Bandery z najdalszych krajów, a fakt, że przechodzą tutaj remont, świadczy o ich sporym przebiegu. No nic, nie mamy żadnych kompleksów. Płyniemy dalej i mijamy statek „piracki”, który już na pierwszy rzut oka łudząco przypomina mi Czarną Perłę. Czyżby Jack Sparrow……. Przepraszam: KAPITAN Jack Sparrow zapędził się aż tutaj na remoncik swojej jednostki? Oglądamy piękne zabytkowe budynki i zbliżamy się do Westerplatte. Żaden z nas nie pływał do tej pory samodzielnie po naszym polskim morzu, ale obaj mieliśmy nie raz okazję przekonać się o jego mocy i nieprzewidywalności…… Cholera, skłamałem… I ja i Włodek mieliśmy już okazję pływać w strefie przybrzeżnej Zatoki Puckiej samodzielnie…. Pamiętam, że po całym dniu wędkowania z pontonu skończyły mi się suche ubrania… Mamy delikatny stresik, ale nie zamierzamy się poddawać po tym wszystkim. Wreszcie wypływamy na Bałtyk….
Na początku wszystko gra, chociaż płyniemy mozolnie i powoli. Nurt Wisły jednak sporo nam pomagał, a teraz momentami mamy wrażenie, że stoimy w miejscu. Oczywiście cały czas mamy wiatr prosto w twarz, bo przecież inaczej byłoby zbyt łatwo. Pozostała nam do pokonania ostatnia poważna przeszkoda: Pomiędzy Gdynią a Rewą znajduje się stara Hitlerowska torpedownia. Została w prawdzie wysadzona w powietrze, ale spora jej część dalej stoi w najlepsze. Najgorsze są jednak podwodne filary, których nie widać, a które stanowią śmiertelne zagrożenie dla wszelkich jednostek pływających. Jest to obszar całkowicie wykluczony z żeglugi i należy go omijać bardzo szerokim łukiem. W innym przypadku może pojawić się patrol SAR i przemówić do rozsądku bolesnym mandatem. Oczywiście nie zamierzamy testować czujności SAR-u, bo życie, jest jak by nie patrzeć cenniejsze. Poza tym SAR był zajęty ćwiczeniami przed EURO. Wszystko miało być pięknie, ale planując całą wyprawę nie przewidzieliśmy, że popsuje się ten cholerny GPS. To właśnie w tym momencie był nam najbardziej potrzebny. Do tego nie mogliśmy nawet sprawdzić z jaką prędkością płyniemy. Jak na złość, w najgorszym momencie wiatr się wzmógł i wywołał trochę zbyt dużą falę. Plan był taki, że jak na zatoce coś się popsuje z pogodą, to płyniemy do brzegu najkrótszą drogą i potem martwimy się, co dalej. Teraz jednak byliśmy w miejscu, gdzie musieliśmy odpłynąć najdalej w otwarte morze, a dopłynięcie do brzegu najkrótszą drogą byłoby samobójstwem. Widzę, że Włodek nie ma najweselszej miny. On sam budował tę łódź i on sam wie, ile jest ona w stanie wytrzymać. Szczerze mówiąc też mam pełne gacie, ale rżnę głupa, żeby nie wywoływać paniki na pokładzie. Pojawiają się problemy z utrzymaniem kursu, bo wiatr nie jest do niego równoległy. Mamy mapy, ale nie jesteśmy w stanie określić naszego położenia, bo przez lornetkę nie da się precyzyjnie określić odległości od brzegu. Nie ma wyjścia – płyniemy na wyczucie. Widok krzyża na Rewskim cyplu przynosi nam niesamowitą ulgę. Od tej pory możemy płynąć w bezpiecznej odległości od brzegu. Już prawie się udało! W tym momencie widzimy w wodzie….. drugą fokę. Wspomnienie wczorajszych miłych odczuć podnosi nam morale. Widok tego stworzenia żyjącego na wolności po raz kolejny zwiastuje polepszenie naszej sytuacji. Wiatr nieco zelżał, możemy płynąć przy samym brzegu, czasu mamy pod dostatkiem…..już zaczynamy czuć smak sukcesu! Po niedługim czasie widzimy przez lornetkę cel naszej podróży. Zaczynamy planować co i w jakiej kolejności zrobimy w Pucku. Po niedługim czasie wreszcie zawijamy do portu. Po przycumowaniu łodzi Włodek poszedł do bosmana załatwić formalności. Wrócił trochę niezadowolony, bo stanowisko które możemy zająć, jest delikatnie mówiąc nie najlepsze. Po pierwsze jest w miejscu najbardziej odsłoniętym na działanie fal, a po drugie jest w ciasnym kącie, gdzie bardzo trudno będzie wpływać. Niestety nasze obawy okazują się słuszne. Przestawiamy łódź z wielkimi problemami. Ledwie udało nam się wcisnąć w wąskie stanowisko, a przy manewrach prawie złamałem bosak. No trudno, potem nad tym pomyślimy bo teraz mamy ważniejsze sprawy. Oczywiście pierwsza sprawa do załatwienia to prysznic. Stojąc w miejscu zasłoniętym od wiatru czuję że to już najwyższy czas, a poza tym ciało przemarznięte i przewiane przez pięć dni i nocy domaga się kontaktu z czymś ciepłym. Co prawda prysznic uruchamiało się wrzucając monety do automatu, ale w tym momencie nie było to istotne a wręcz uzasadnione. Wrzuciłem sobie na bogato, całe sześć minut za trzy złote i przekonałem się jak wielką rozkoszą może być zwykły gorący prysznic. Umyci i przebrani ruszamy na miasto na posiłek i zakupy. Po kilkunastu minutach siedzimy sobie w restauracji, popijamy piwko i czekamy na rybkę z frytkami. Jak to niewiele do szczęścia potrzeba. Włodek rano zadecydował, że jeśli dopłyniemy do celu, to kupi szampana i chociaż żaden z nas go nie lubi, to z takiej okazji obalimy całą butelkę. Nie śmiem protestować, chociaż szampana naprawdę nie lubię. Po posiłku i zakupach wracamy na pokład naszej dzielnej jednostki. Mamy za sobą grubo ponad 400 km przepłyniętych w trudnych, a momentami w skrajnie ciężkich warunkach. Przyszła pora żeby trochę sobie pofolgować. Planowaliśmy dopłynąć w środę lub w czwartek jeśli wszystko będzie dobrze szło, a tymczasem pomimo tych wszystkich przygód i trudności jesteśmy w Pucku w środę! Czwartek, piątek i sobotę mamy na wędkowanie, a niedzielę na powrót samochodem do domu. Włodek otworzył szampana, pokropiliśmy jacht i niezawodną dzielną Hondzię, no i wznosimy toast za sukces. W przystani poznaliśmy bardzo miłych i wesołych żeglarzy, pogadaliśmy sobie o różnych sprawach i wymieniliśmy doświadczeniami. Przed pójściem spać sprawdzamy jeszcze prognozę pogody….. No nie jest to może ideał, ale powinniśmy wypłynąć bez najmniejszych problemów.

Вода это колыбель разумной жизни.

#11 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 19:45

Zdjęcia:
Martwa Wisła.
Piękny drewniany jacht.
Most pontonowy.
Zatoka kutrów.
Stocznia.
Statek w połowie budowy.
Dźwig portowy.
Statki wypływające w morze.
Budynek na wybrzeżu.
Statek z Hong Kongu.
Statek.
Statek z Hong Kongu widziany z boku.
Czarna Perła.
Statki w suchych dokach.
Statki.
Twierdza Pruska.
Zabytkowy bilbord BALTONY icon_biggrin.gif
Kościół.
Potężny czteromasztowy żaglowiec.
Pomnik na Westerplatte.
Ujście "Martwej Wisły"
Gdańsk widziany z morza.
Sopot widziany z morza.
Gdynia widziana z morza.
Hitlerowska torpedownia na zatoce.
Krzyż na wybrzeżu w Rewie.
Cel podróży..... Port w Pucku.

Załączone miniatury

  • P6060293.JPG
  • P6060294.JPG
  • P6060296.JPG
  • P6060298.JPG
  • P6060302.JPG
  • P6060303.JPG
  • P6060305.JPG
  • P6060310.JPG
  • P6060312.JPG
  • P6060313.JPG
  • P6060315.JPG
  • P6060316.JPG
  • P6060320.JPG
  • P6060322.JPG
  • P6060325.JPG
  • P6060328.JPG
  • P6060330.JPG
  • P6060332.JPG
  • P6060334.JPG
  • P6060338.JPG
  • P6060339.JPG
  • P6060340.JPG
  • P6060342.JPG
  • P6060346.JPG
  • P6060349.JPG
  • P6060352.JPG
  • P6060354.JPG

Użytkownik wahlul edytował ten post 30 czerwiec 2012 - 19:54

Вода это колыбель разумной жизни.

#12 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 19:52

W czwartek rano jakoś nie spieszymy się ze wstawaniem. Mamy dosyć czasu na wszystko. Spokojnie zjedliśmy śniadanko i pomału szykujemy wędki na belonę. Wychodzimy z portu i od razu puszczamy w trolla. Płyniemy, płyniemy, płyniemy i nic. Pogoda jest taka szaro-bura, wiaterek trochę wieje…. Pamiętam, że ostatnim razem przy takiej pogodzie belona brała bardzo słabo. Żeby chociaż to słońce wyjrzało na godzinkę lub dwie. Niestety, kiedy płynęliśmy z Gdańska nad zatoką przechodził front niżowy, a teraz wypiera go front wyżowy. Nie ma co liczyć ani na słońce, ani na brak wiatru. No nic. Dzień długi, Włodek ma swoje sprawdzone miejscówki w Chałupach, a ja mam swoje w Kuźnicy. Może tam uda się upolować chociaż po jednej. Niestety nawet nasze sprawdzone miejscówki nie dały nam żadnych wyników. Decydujemy się na powrót, bo po pierwsze nic nie bierze, a po drugie znowu zaczyna mocniej wiać. Kiedy dopływamy do portu fala jest już zdecydowanie za duża na nasze możliwości. W porcie jeden nagły podmuch wiatru o mało nie wbił nas w przycumowane motorówki. No rzesz cholera, czy wszystko musi iść tak pod górkę!? Prognoza na następne dni załamała nas kompletnie. To co dzisiaj było najgorsze, to najlepsze na co możemy liczyć jutro. Do tego ma padać deszcz. Miejscowi wędkarze powiedzieli nam, że w sobotę nawet duże kutry mogą nie wyjść w morze. Jesteśmy załamani i zrezygnowani. Te wszystkie okoliczności skłoniły nas niestety do…….. przerwania wyprawy. W piątek miał dojechać do nas kolega, z którym mieliśmy wrócić dopiero w niedzielę, samochodem do domu. Niestety z powodu beznadziejnej pogody wracamy już w piątek….. A żeby wszystko było do kompletu, kolega rozbił mój samochód jadąc nim po nas…………
Вода это колыбель разумной жизни.

#13 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 19:57

Zdjęcie:
Ostatnie spojrzenie na port przed wyjazdem.

Załączone miniatury

  • P6080357.JPG

Вода это колыбель разумной жизни.

#14 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 19:59

Podsumowanie:
Miała to być dla nas wyprawa życia, no i w sumie była. Tyle, że spodziewaliśmy się zupełnie innych okoliczności i doświadczeń. Pogoda tak dała nam w kość, że praktycznie odebrała nam całą radość, przyjemność i satysfakcję z rejsu, a dla mnie skończyła się bardzo ostrym przeziębieniem zaraz po powrocie do domu. Jesteśmy z siebie dumni, bo poradziliśmy sobie ze wszystkimi napotkanymi trudnościami i jesteśmy niesamowicie bogatsi w bezcenne doświadczenia. Nie rozumiem tylko czemu los zgotował nam tak bolesną lekcję pokory, chociaż obaj z Włodkiem zawsze mieliśmy ogromny respekt do żywiołów i sił natury? Liczyliśmy na przynajmniej jeden pogodny dzień nad morzem, skoro tych dni miało być trzy, a tu okazało się, że wypruwaliśmy sobie flaki, żeby ledwie zdążyć na ten jeden jedyny, kiedy w ogóle mogliśmy wypłynąć. Do tego mieliśmy łowić belonę, dorsze i śledzie, a nie złapaliśmy nic. No i cały misterny plan w ………wiadomo co…. Liczyłem też na sporo niepowtarzalnych zdjęć z rejsu, ale niestety większość nie wyszła, bo zrobiłem je strzelając jedną ręką, a momentami za dużo się działo, żeby w ogóle sięgać po aparat.
Wniosek? Jak ktoś nie ma fartu do różnych okoliczności losowych i pogodowych, to albo niech ma twardą pewną część ciała, albo niech na niej siedzi w domu, i ogląda filmy o poławiaczach krabów… Ustaliliśmy, że już nigdy, absolutnie przenigdy nie wypłyniemy w taką pogodę.
Włodziu, dziękuję Ci za wspaniałą przygodę.



KONIEC.
Вода это колыбель разумной жизни.

#15 Haczyk_Dawido

Haczyk_Dawido

    Szajbus

  • Members
  • 1165 postów
  • Płeć:Mężczyzna

Napisano 30 czerwiec 2012 - 21:50

Liczę, że jeszcze niejedną wyprawę życia odbędziesz i że podzielisz się nimi na Splawiku. icon_smile.gif Świetnie się czytało. Temat pozwalam sobie przykleić i gorąco zachęcam do umieszczania podobnych relacji okołowędkarskich - woda to nie tylko ryby, a człowiek w obliczu wody, zwłaszcza w obliczu rzeki - idąc w ślad za Heraklitem - sytuuje się poprzez nią wobec wieczności.

Zaintrygowała mnie też (m.in.) panorama Grudziądza, te opuszczone spichlerze - piękne miasto.

C&R


#16 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 30 czerwiec 2012 - 22:48

Teoretycznie tyle samo miało być spływu, co wędkowania. Zabraliśmy też sprzęt na dorsze i na śledzie. Za beloną wypłynęliśmy w pierwszej kolejności, bo to były już ostatnie chwile. Wyszło to co wyszło.
Вода это колыбель разумной жизни.

#17 Piotr PGr

Piotr PGr

    Szajbus

  • Members
  • 1175 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:PPL-SPIN

Napisano 01 lipiec 2012 - 14:51

Świetna relacja, ze świetnej przygody.
Wczoraj, jak przeczytałem pierwsze 2 części to myślałem, że dłużnej będziesz nas (czytaczy) utrzymywał w napięciu.
Foto relacja też super, szczególnie "Niesamowity zachód słońca." robi wrażenie, "Czarna Perła." też fajnie się prezentuje i inne też.
To powtórka jeszcze tego lata, czy na przyszły sezon ? icon_razz.gif

PS Następnym razem, dojdą fotki z połowów icon_wink.gif


#18 wahlul

wahlul

    Szajbus

  • Members
  • 1569 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:warszawa

Napisano 01 lipiec 2012 - 16:59

Nie wiem, czy będzie powtórka, ale jeśli tak, to nie tą łodzią. I na pewno nie w tym roku. icon_wink.gif
Zobacz na drugie załączone zdjęcie. Gdyby poziom wody był wyższy o 30 cm, to tego konara nie byłoby widać. Przy bezwietrznej pogodzie będzie robił widoczny ślad na wodzie i da się go ominąć. Niestety przy nawet niedużej fali jest to nie do zauważenia. RZGW Warszawa ma totalnie gdzieś sprzątanie szlaku i takich pułapek jest mnóstwo. Gdyby trafić na to zwykłą pychówką, to ześlizgnie się i tyle. Taka łódź jaką my płynęliśmy mogłaby pójść na dno. Jakoś nie mamy ochoty kusić losu icon_wink.gif
Вода это колыбель разумной жизни.



Dodaj odpowiedź



  


Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych