Skocz do zawartości


Zdjęcie

Praca 5


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 wolfik

wolfik

    Szajbus

  • Moderator
  • 1160 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Warszawa

Napisano 13 kwiecień 2008 - 12:37

Bambusik Extreme Ultra Light IM9+ {c.w.1-8g.}


Zastanawiałem się długo, co mam wybrać do Wiosennego Konkursu, jakieś wędzisko, a może kołowrotek.
Uwielbiam spinningować, a w ostatnich latach bardzo rzadko odstępuję od tej metody. Tylko, gdy jestem na biwaku, czasami zapoluję na nocnego lina, czy leszcza. Przede wszystkim preferuję nie za długie kije spinningowe, bo łowię przeważnie z łódki.
Do wędzisk przykładam nieco większą uwagę, niż do kołowrotków. Maszynka do zwijania żyłki, jak dla mnie, może być obojętnie jakiej firmy, powinna jednak charakteryzować się pewnymi cechami :
1. Solidna, mocna obudowa i przekładnia.
2. Korbka podparta na dwóch, dobrej jakości, stalowych łożyskach.
3. Równe układanie żyłki na szpuli.
4. Niezawodny hamulec, najlepiej z dodatkowym hamulcem walki.
Za to kij spinningowy, którym łowię musi być lekki, dobrze wyważony, a ponad to nieźle leżeć w ręce, tak bym nie musiał męczyć się, nieraz całodziennym biczowaniem wody. Powinien być wykonany z porządnego włókna węglowego i niekoniecznie kosztować majątek.
Ze wszystkich moich spinningów trzy lubię najbardziej i zawsze je ze sobą zabieram n a połowy z lodzi. Mają one po 2,40 metra długości, ale każdy inny ciężar wyrzutu.
Pierwszą wędką łowię na paprochy, drugą na większe gumki i obrotówki, a trzecia jest na szczupaki i sandacze, wtedy przynętą są duże kopyta i wahadłówki.
Dokładnych nazw i firm, które wytworzyły moje kije nie pamiętam, musiałbym zajrzeć do stojaka stojącego za szafą. W całym moim życiu wędzisk miałem mnóstwo, do różnych metod łowienia , ale żadnego, w tej chwili nie potrafiłbym dokładnie opisać.
JEDYNĄ wędką, która zostanie mi na zawsze w pamięci, był trzymetrowy, dość cienki bambusik, którego dostałem od ojca, gdy skończyłem siedem lat.
Służył mi bardzo długo, byłem już dawno dorosły, ale on ciągle jeździł ze mną ,w pokrowcu ,na ryby. Złamał się chyba ze trzy razy, ale zawsze go naprawiałem. Po czwartym pęknięciu, na siedmiokilowym sumie, którego nawiasem mówiąc wyholowałem, nie nadawał się już do reperacji. Włókna bambusa rozleciały się całkowicie, a ja z wielkim bólem serca, odcinając kawałek na pamiątkę, musiałem się z nim pożegnać. Przede wszystkim, wędeczką tą łowiłem żywczyki na drapieżnika.
Żyłkę nawijało się na dwa wygięte gwoździki, umocowane do dolnika, a przechodziła ona przez cztery, druciane przelotki. Gorzej, jak uklejki i kiełbie pływały za daleko, musiałem wtedy odwijać trochę linki z tego niby-kołowrotka i trzymając w ręku jej nadmiar, wykonać dłuższy rzut zestawem.
W późniejszym czasie, gdy zacząłem nabierać większej wprawy wędkarskiej, bambusik mój trochę zmodyfikowałem. Założyłem mały kołowrotek o ruchomej szpuli, którą można było przekręcać podczas wyrzutu, zwiększyłem też ilość i jakość przelotek. Druciane, zastąpiłem porcelankami i mogłem już łowić dalej od brzegu. Ileż ryb wyciągnąłem na ten niepozorny kijek ! Zaczął mi się odpłacać za dbałość o niego. Pamiętam, jak na Drawie zaciąłem ogromnego jazia, przy okazji łowienia kiełbi na węgorza. Myślałem, że nie podołam rybie, wędka trzeszczała zatrważająco, ale ojciec, zachowując pełny spokój, wskoczył do wody i rękami wyrzucił jazia na brzeg.
Mierzył on równo 82 centymetry, tyle co rekord krajowy, od lat nie pobity, szkoda tylko, że go nie zważyłem i nie zgłosiłem do Parady Rekordów.
OSTATNIE, RAZEM Z BAMBUSIKIEM, WĘDKOWANIE przeżyliśmy na ślepym kanale Odry. Znajomy rybak pożyczył ojcu łódź i w niej, w nocy, zasiedliśmy na węgorza. Mój kijek położyłem na rantach burty, a jak ryba zasysała rosówkę i odpływała z nią w pysku, spadał, uderzając mnie w dłoń, która leżała na dolniku. Złowiłem wtedy trzy kilowe węgorze i siedmiokilowego suma, a na innych wędkach nie było nawet brania.
Bambusik zawsze przynosił mi szczęście. Nawet jak jechałem tylko spinningować, to zabierałem go za sobą jako talizman. Do dzisiaj mam w plecaku kawałek mojej pierwszej i niezapomnianej wędki, na rybach nigdy się z nim nie rozstaję. Nie oddał bym go nikomu, za żadne pieniądze.
Obecnie do wędzisk, kołowrotków, czy przynęt nie przywiązuję zbyt dużej wagi, uważam bowiem, że nie markowy sprzęt łowi ryby. Łowi je wędkarz, szanujący przyrodę, znający zwyczaje ryb i umiejący obcować z innymi współtowarzyszami nad wodą.
Jak Bóg da i jeszcze trochę pożyję, to na pewno niejedna wędka i kołowrotek przejdą przez moje ręce, ale takiego szczęśliwego i najdroższego mojemu sercu kijka już nie będę miał nigdy.









Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych