Skocz do zawartości


Zdjęcie

Praca 23


  • Zaloguj się, aby dodać odpowiedź
Brak odpowiedzi do tego tematu

#1 wolfik

wolfik

    Szajbus

  • Moderator
  • 1160 postów
  • Płeć:Mężczyzna
  • Lokalizacja:Warszawa

Napisano 13 kwiecień 2008 - 09:52

Dlaczego lubię moją wędkę?

Jestem szczęśliwym posiadaczem wędki Konger Olimpia. Dlaczego ją lubię? Jest kilka powodów.

Moja historia z nią zaczęła się 2 lata temu. Wędkę dostałem od taty, zaś mój wujek, zapalony wędkarz wziął mnie na pierwszy w moim życiu połów. Mimo że nic nie złowiłem i dopiero oswajałem się z wędką to od razu mi się spodobała i przypadła mi do gustu.

Wkrótce potem razem z wujkiem złowiłem moja pierwszą wędką rybę: płotkę na grunt. Po tym udanym wędkowaniu do reszty wciągnąłem się w ten piękny sport, a ze mną wciąż była moja wędka Konger Olimpia. Często jeździłem na ryby ze szkolnym kolegą i nieraz proponował mi bym mu sprzedał moja wędkę. Jego, mimo że wydawała się lepsza, bo i dużo droższa, nie sprawdzała się tak dobrze jak moja. Dzięki owemu koledze zasłynąłem w środowisku szkolnych wędkarzy.

Jednak chyba najbardziej lubię moja wędkę za jej niezawodność. Umożliwiła mi zajęcie drugiego miejsca w zawodach zorganizowanych na Dzień Dziecka. Na tych zawodach zwyciężyłem nowa wędkę ale nadal używałem mojego starego dobrego Kongera.

Wciąż jest niezawodny, dobrze mi się nim wędkuje i zawsze gdy go używam do głowy napływają mi dobre wspomnienia. Te wspomnienia zawsze mnie napawają wesołym samopoczuciem, ponieważ z tą wędką przeżyłem wspaniałe chwile w moim życiu.

Konger Olimpia zajmuje pierwsze miejsce w moim osobistym rankingu. Doszedłem do perfekcji w synchronizacji z wędką. Gdy jej używam czuje, jakby była naturalnym przedłużeniem mojego ciała. Z Olimpią jestem w stanie dokonać „cudów"

Zdarzyło mi się kiedyś wyjechać do Nielisza. Ja, mój wujek i kuzyn-wszyscy troje zapaleni wędkarze rozpoczęliśmy połów dysponując dwoma wędkami. Na początku panował spokój, raz po raz zarzucaliśmy wędki jednak z marnym skutkiem. Doszło do tego że zostałem sam z kuzynem. Zajęci byliśmy rozmową, niespodziewanie jedną wędką coś gwałtownie szarpnęło. Był to mój Konger, przerwaliśmy rozmowę. Zaciąłem, spróbowałem przyciągnąć rybę ale za chwilkę zrezygnowałem, była zbyt silna. Z podziwem patrzyliśmy na błyskawicznie przemykający cień ryby i błyszczącą w słońcu żyłkę. Kołowrotek szalał.

Ponownie podjąłem nieśmiałą próbę przyciągnięcia ryby, ta jednak, mimo że osłabła nadal nie uległa mej woli. Musiał to być naprawdę spory okaz. Kuzyn podszedł do mnie i pomógł mi. Chwilkę siłowaliśmy się z rybą... Wędka gięła się w kabłąk, żyłka lśniła ale... Cień ryby w wodzie nieznacznie się przybliżał. Nasz krzyk-jak się później okazało bardzo żywiołowo przeżywaliśmy połów- wybudził drzemiącego nieopodal wujka. Za chwilę zjawił się z podbierakiem ale nie mógł sięgnąć ryby. Narzekając pod nosem wujek pobiegł po cos do samochodu. Mój wyzuty z sił kuzyn krzykną bezsilnie „Może byśmy dali spokój bo jeszcze wędka się uszkodzi". Kuzyn siadł na ziemi dysząc ciężko a ja... We mnie wstąpiła jakaś niesamowita siła. Szarpnąłem delikatnie i ryba ukazała się na wodzie w tle pięknego słońca.

Wszyscy byli zachwyceni złapanym okazem ale... wypuściłem rybę. Wujek wmawiał że wędkuje się dla wspomnień a nie dla ryb. Wtedy zrozumiałem sens tego zdania.






Użytkownicy przeglądający ten temat: 0

0 użytkowników, 0 gości, 0 anonimowych